Kiedyś na korowców, którzy pojechali do radomskiego sądu
udzielić wsparcia represjonowanym robotnikom, poleciały jajka.
Jedno trafiło Ankę Kowalską. Surowe żółtko rozmazało się jej na
głowie, białko ściekało po szyi. - Świetnie - śmiała się,
rozczesując włosy - mam odżywkę do włosów.
Bo Kowalska nawet nieprzyjemne wydarzenia umiała przerobić na
pogodne. Na początku KOR-u spotkała przed furtką swego domu
dwoje znajomych ludzi. Uznała, że to są osoby, którym KOR
pomagał. - Przepraszam - powiedziała - ale muszę lecieć na
zebranie KOR-u. - Nie, pojedzie pani z nami na komendę -
odpowiedziała owa para. Okazali się funkcjonariuszami SB.
Kowalska znała ich twarze, ale z rewizji w swoim mieszkaniu. Jak
wyszła, to opowiadała to wszystkim naokoło, parodiując i siebie
samą, i owych funkcjonariuszy.
KOR rewolucjonizował wszystkim życie prywatne. Nie można było
mieć w domu prywatnych listów. Nie można było normalnie
rozmawiać. Nie można było sobie nic prywatnego notować. To dla
pisarki Kowalskiej było trudne do zniesienia.
W książce "Szminka na sztandarze" poświęconej kobietom
"Solidarności" tak tłumaczy autorce, Ewie Kondratowicz,
dlaczego wstąpiła do KOR-u: "Była to paroletnia, naskładana
gorycz, poczucie zupełnej beznadziejności, spędzanie życia w
świadomości, że ono po prostu jałowo płynie w warunkach
głupstwa, wszechpanującego głupstwa, co najmniej głupstwa i
kłamstwa. Poczucie, że jest się na jałowym biegu. Na nic się
człowiek nie zgadza, niczego nie jest w stanie aprobować,
nie może też niczego zrobić, bo ani pomysłu nie ma, ani
siły". W KOR-ze zajmowała się m.in. redagowaniem biuletynu o
represjach - zbierała informacje o tym, kto został
zatrzymany, kogo zwolniono, kogo pobito lub wyrzucono z
pracy. - Komunikaty były pisane bezprzymiotnikowo, suchym
językiem faktów. Wstrętnym, drewnianym językiem, korkowcem -
mówiła Kowalska. I znów - dla pisarki taki język był jak
więzienie.
W związku z pracą nad komunikatami jej mieszkanie
przypominało centralę telefoniczną. To do niej i do Jacka
Kuronia dzwonili zagraniczni dziennikarze po informacje o
Polsce. To ona m.in. informowała media zachodnie o
represjach wobec opozycji.
Wcześniej próbowała działać w ramach Stowarzyszenia PAX, z
którego jednak wystąpiła po Marcu '68. Absolwentka
polonistyki na KUL-u pracowała początkowo jako korektorka,
później redaktorka w wydawnictwie PAX. Kiedy zaczęła swoją
jawną działalność opozycyjną, wprawdzie nie zwolniono jej,
ale nie pozwolono przychodzić do wydawnictwa. Odtąd
redagowała w domu.
W nocy 13 grudnia 1981 r. została internowana. Trafiła do
obozu w Gołdapi, później przeniesiono ją do Darłówka. Prosto
z Darłówka, zwolniona po amnestii w lipcu 1982 r., trafiła
ciężko chora do szpitala. Wkrótce wyjechała na leczenie do
Francji, po powrocie przeszła na emeryturę.
Wydała cztery tomiki wierszy, w paryskiej "Kulturze" barwne
i całkiem niekombatanckie wspomnienia z czasów korowskich
oraz powieść - ekranizowaną w 1995 r. przez Krystynę Jandę,
przetłumaczoną na pięć języków "Pestkę". W 1981 r. zamknięto
ją w więzieniu na warszawskim Grochowie razem z Marią Wosiek,
też członkinią KOR-u. Wosiek poprosiła o wypożyczenie z
biblioteki więziennej "Pestki". Okazało się, że choć
"Pestkę" tam mają, to wypożyczać ją mogą tylko
funkcjonariusze więzienni.
W wydanym przez podziemny Przedświt w 1987 r. tomiku "Racja
stanu" tak mówiła o swoim pisaniu: "Piszę rzadko, z trudem i
tylko wtedy, gdy już nie umiem się powstrzymać. (...). Ci,
którzy lepiej mnie znają, potwierdzą, że w gruncie rzeczy
wolę czytać to, co napisali inni".
- Zawsze była niepraktyczna i nieżyciowa - wspomina jedna z
jej przyjaciółek. Kiedy jednak Aniela Steinsbergowa, członek
KSS "KOR", wymagała całodobowej opieki, jej zorganizowaniem
zajęła się właśnie Kowalska. Była na każde skinienie.
Podobnie zachowała się wobec przyjaciółki Steinsbergowej
Heleny Merenholz.
Mieszka w maleńkim mieszkaniu z niedużym kudłatym psem -
kundlem. Pralkę automatyczną ma od dwóch lat, i to dzięki
podstępowi przyjaciół. Nigdy w Polsce nie była w
hipermarkecie ani w centrum handlowym.