Z głębokim żalem dowiedzieliśmy się o śmierci naszego
wieloletniego współpracownika, Krzysia Freislera.Krzysztof urodził się 12 sierpnia 1945 roku
w Nowym Sączu, zmarł w przeddzień swoich urodzin 11 sierpnia 2009 roku w
Berlinie.
Krzysztof
Freisler zostałpoetą, kiedy miał
24 lata. Dwa lata później w piśmie Orientacji Poetyckiej Hybrydy
wydrukowano kilka jego wierszy, motywem naczelnym tych wierszy, jak się
wtedy mówiło: główną obsesją poety było przekraczanie granic, a
dziwnym zdarzeniem losu i czasów, w których się to działo, było, że
przyjęty do cechu poetów z tak wysokimi notami – odsiadywał właśnie 3 i
pół letni wyrok więzienia za trzykrotne nielegalne przekroczenie granic
PRL,był więc idealistą czy
surrealistą, poetą wcielającym w życie wysokie wyobrażenia, pogrobowcem
romantyków?
Kiedy miał 20
lat, zaczął pracę jako kierowca warszawskich autobusów, wtedy zaczął
mówić, że samochody mają duszę, był też zawodowym instruktoremjazdy, kierowcą taksówki i największych tirów. Zawsze był w
drodze, od kilku lat pisał książkę,
jak skończyć z haniebnym procederem składania ofiar w wypadkach
samochodowych, zbierał materiały i notatki.
Kiedy miał 23
lata, 22 sierpnia 1968 roku wyruszył na pomoc Czechom i Słowakom, gdy
zostali najechani przez bratnie wojska, wprawdzie powstania w Pradze nie
wzniecił – jednak w jednej z podziemnych rozgłośni działających wówczas
w Pradze, został odczytany jego list zapewniający, że młodzi polscy
poeci są jak zawsze po stronie wolności, list ten do Polski został
przekazany na falach RWE, co pamięta kilku sygnatariuszy tego zbiorowego
wspominania
W roku 1969 podejmuje próbę ucieczki na Zachód, zostaje
złapany w Świnoujściu, ucieka z transportu, przez rok ukrywa się,
podejmuje następną próbę, znowu zostaje złapany na terenie
Czechosłowacji i odsiaduje 3,5 letni wyrok w Rawiczu, Wronkach, w
tych samych więzieniach, w których w latach 1945-55 siedział jego
ojciec, słynny "kurier tatrzański" AK - ulica jego imienia znajduje się
w Nowym Sączu.
Po odsiedzeniu
wyroku pracował jako górnik dołowy w kopalni Staszic wystarczająco
długo, żeby nauczyć się śląskiej gwary, doskonale znał też więzienną
grypserę.
W latach 70. w
Warszawie zasłynął jako wytwórca biżuterii z lanego srebra i bursztynu.
W 1977 roku za łapówkę
kupuje paszport i wreszcie ucieka z PRL. W 1983 r. wjeżdża do PRL na
cudzym paszporcie, za pośrednictwem Przedświtu kontaktuje się
z podziemiem wydawniczym, organizuje pomoc, współorganizuje siatkę
(uczestniczyli w niej m.in. Marceli Marklowskie, Piotr Jankowski) odbioru
przerzutów ze Szwecji przygotowywanych tam przez Mariana Kaletę i Józefa
Lebenbauma. Uczestniczy w zaopatrywaniu podziemia w maszyny drukarskie z
Paryża i Berlina.
W obsesyjnych,
nawracających snach dzieciństwa i młodości gonili go Niemcy, Rosjanie,
milicja, SB, Wopiści, gangsterzy - a on uciekał i nigdy go nie dopadli.
Wyćwiczony w snach - w życiu na jawie od
pierwszego wejrzenia widać było, że jest wojownikiem jakiejś słusznej
sprawy, a sprawy zmieniały się: sprawy polskie, ochrona przyrody, Tybet.
Służył pomocą wielu ludziom, pod koniec lat 80.,
kiedy wynajmował pracownię na Lenaustrasse, zamieszkiwały ją tabuny
przyjezdnych z Polski.
Wśród ludzi
szukał ludzi prawdziwych i obdarzał ich przyjaźnią. Jeśli jednak
nadużyli jego zaufania – na długo zostawali wrogami.
Miał kilka
obsesji – zbierał gwoździe, zamierzał postawić pomnik gwoździa, a Muzeum
Gwoździa miało stanąć na Pryszczowej Górze. Gwóźdź według jego
interpretacji był w równym stopniu jak koło technicznym narzędziem
ludzkiej cywilizacji. Przez ostatnie dwadzieścia lat pracował nad
książką, nad wielką fabułą, niektórym z nas pokazywał fragmenty,
dowiedzieliśmy się, że zostawił kilka tysięcy stron szkiców.